niedziela, 3 marca 2019

Zniszczony Lwów

Pierwszą pozycją na liście odwiedzonych przeze mnie miejsc w 2019 roku jest Lwów, a co się z tym wiąże, w moim paszporcie w końcu pojawiły się pierwsze pieczątki! Do Lwowa poleciałyśmy samolotem z Krakowa, a sam lot trwał około 45 minut (tyle zajmuje mi dotarcie w godzinach szczytu na uczelnie w Krakowie). Wracałyśmy pociągiem z przesiadką w Przemyślu.

Przed wyjazdem czytałam bardzo wiele artykułów oraz blogów na temat wycieczek do Lwowa. Wszystkie jednogłośnie zachwalały to miasto. No cóż, nie byłabym sobą gdybym nie miała trochę innego zdania na ten temat. Lwów to stare miasto i na pewno w czasach swojej świetności robił wrażenie, jednak czy dzisiaj nadal wciska w ziemię z zachwytu? Mnie wcisnął, tylko bardziej ze zdziwienia niż z zachwytu. Nie spodziewałam się, że jest to tak bardzo zniszczone miasto, z tak bardzo widoczną biedą jego mieszkańców. Nie ulega wątpliwości że Lwów ma na swoim terenie wiele przepięknych zakątków i ładnych budynków (nie wspominając o lokalach i barach), jednak zdecydowana większość to stare i zniszczone kamienice, zaśmiecone uliczki i  podwórka jak z horrorów. Tutaj przykładowo zdjęcie z okna naszego mieszkanka:



Na ulicy bardzo często spotkamy samochody z poprzedniej epoki, zarówno te lepiej jak i gorzej zachowane:



Pierwszy raz miałam styczność z okolicą tego typu (miasta Europy Zachodniej, które do tej pory udało mi się zobaczyć wyglądały z reguły inaczej) stąd też moje zdziwienie i przyznam że potrzebowałam trochę czasu żeby przyzwyczaić się do tego typu widoków. 

Dla mnie Lwów to miasto kontrastów, bo nietrudno między tymi brudnymi i zniszczonymi kamienicami znaleźć drogi zagraniczny sklep. Na drodze obok starych samochodów i autobusów miejskich które czasami wyglądają tak jakby zaraz miały się rozpaść przejeżdżają nowiutkie porsche. Podobnie na ulicy obok pań w futrach i markowych torebkach stoją starsze kobiety z chustkami na głowach, sprzedające warzywa. Wiem że takie kontrasty zauważalne są wszędzie na świecie, jednak dla mnie we Lwowie są one szczególnie wyraźne i powszechne. 

Tyle skrajności, różnorodności, surowości i prawdy, a to wszystko w jednym mieście. Tym właśnie zaskoczył i jednocześnie zauroczył mnie Lwów.

Wracając do tych kontrastów, Opera i wnętrze Kasyna Szlacheckiego:











Sobór Świętego Jura oraz widok z Wysokiego Zamku:






To co najbardziej spodobało mi się w tym mieście to bardzo ciekawe restauracje i bary. Oprócz dobrego jedzenia mają bardzo ale to bardzo ciekawe wnętrza. Najciekawszym miejscem jakie udało nam się zobaczyć była wg mnie Lampa Gazowa, gdzie próbowałyśmy nowych alkoholowych smaków w bardzo ciekawej chemicznej formie. Obowiązkowo odwiedziłyśmy Restauracje Baczewski, jednak zamówiony banosz nie był najlepszym wyborem. Mimo ciekawego sposobu podania, kuchnia ukraińska nie należy do moich faworytów. 










Podsumowując, Lwów nie załapał się na listę moich ulubionych miast. Jednak bardzo się cieszę, że mogłam odwiedzić to miejsce i zobaczyć zupełnie inną rzeczywistość, która jest tak blisko nas. 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz