piątek, 16 lutego 2018

Coś troszkę innego

      Trip w tym poście będzie raczej słaby. Zaledwie 80 kilometrów, które pokonuje się autostradą, to takie 2/10 jeśli chodzi o widoki i wrażenia. Jednak! Samotny spacer po Katowicach o 3 w nocy, może dostarczyć już trochę więcej wrażeń i emocji. Wszyscy zawsze mówią mi, że Śląsk jest niebezpieczny, a szczególnie nocą. Cóż, tym razem jest 1:0 w grze Werka vs katowickie dresy (i oby tak już zostało, nie jestem zainteresowana żadnym rewanżem).
     Przechodząc do sedna. W Katowicach byłam na Śląskim Rap Festiwalu, który odbył się w Spodku. 13 artystów i to w dodatku nie tylko z Polski!





      Niestety, jeśli mam być szczera to osobiście zawiodłam się na niektórych artystach. Szczególnie na Donguralesko, na którego koncert mocno się cieszyłam. Kto nie chciałby pobujać się i poskakać do bitu z O'kruca? Żyłam nadzieją, że uda mi się to zrobić podczas tego koncertu, niestety nie tym razem. Gural był coś nie w formie 



       Jednak zdecydowanie więcej zaskoczeń, było tych pozytywnych. Pierwszym z nich był Kękę. Byłam już kiedyś na jego koncercie, ale ten był znacznie lepszy od poprzedniego (jakoś około rok wcześniej w Krakowie). 
  
      W kategorii "jeszcze bardziej zaskocz Werke" trzecie miejsce zajął OSTR. Jego koncert był w bardzo klimatycznym, letnim i bardziej elektronicznym niż rapowym brzmieniu. Całość stworzyła naprawdę dobry vibe. Chociaż nie jestem 100% fanką Adama, (nie wszystkie jego piosenki przypadają mi do gustu) bardzo dobrze bawiłam się podczas jego występu.




        Drugie miejsce na tym najważniejszym podium w rap grze zajął Paluch, za którym również zbytnio nie przepadałam (ale to już z innych, niekoniecznie muzycznych względów). Ale przyznaję się bez bicia po festiwalu słucham już odrobinę więcej jego piosenek. Na koncert urzekł mnie przede wszystkim techniką! No nie znam się na tym, ale kurcze z daleka widać, że pod tym względem znacznie wyprzedza konkurencję. Powiedziałabym że na równi z Taco, jako jedyni występowali bez hypemanów. Do tego, oprócz rapowania powiedział też kilka słów od siebie, generalnie bardzo na plus!





      Tym, tym, tym! Czas ma miejsce pierwsze, a zajął je: Quebonafide. Zaskoczeni? No nie wiem, chciałabym tylko powiedzieć, że nowa płyta jest nietypowa, ciekawa i w moim (podróżniczym) klimacie. Do tego stare klasyczne kawałki i dobra atmosfera. O wygranej w moim rankingu zdecydował jeszcze jeden fakt. Jeśli ktoś z Was był już kiedyś  na koncercie Que, pewnie będzie wiedział otsochodzi. Po kilku pierwszych piosenkach chowamy telefony. Według mnie genialna inicjatywa. W końcu idziemy na koncert, żeby dobrze się na nim  bawić, usłyszeć wszystko na żywo, coś przeżyć, a nie tylko rejestrować wszystko na snapa i instagrama. Sama pod tym względem nie jestem dobrym przykładem, bo zawsze po koncercie mam w galerii kilkadziesiąt zdjęć więcej, ale zainspirowałam się do zmiany.  









     Na koniec zostawiam swoją perełkę, czyli Taco. Kolejny jego koncert i kolejne zachwyty. Nic więcej nie muszę już pisać.      








     Młody Jan, powoli się rozkręca. Koncert mimo, że jakoś tak mnie nie porwał (może to przez zmęczenie), był całkiem dobry. 



     Na koniec mogę tylko powiedzieć, że Festiwal był dosyć dobrze zorganizowany, chillowa atmosfera. A fakt, że przez większą część koncertu stałam zaraz pod sceną też zrobił robotę. Zdecydowanie lepsza perspektywa!














 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz